Polski streaming od lat karmi się dramami, konfliktami i kontrowersją. Dla przeciętnego obserwatora codzienne potyczki streamerów to po prostu internetowe reality show - niezobowiązująca rozrywka dostępna na wyciągnięcie ręki. Jednak wydarzenia z ostatnich tygodni pokazują, że dynamika relacji na linii widz-twórca uległa niebezpiecznej mutacji. Przypadki Kiszaka, Bruce'a czy Bonkola obnażają fakt, że część społeczności przestała być jedynie publicznością, a stała się agresywnym recenzentem prywatnego życia streamerów, posługującym się metodami, które wprost podchodzą pod paragrafy o nękaniu.
Anatomia internetowego linczu: Przypadek Kiszaka
Katalizatorem do dyskusji o granicach prywatności stała się ostatnia sytuacja wokół Kiszaka. Wszystko zaczęło się w klasyczny dla polskich realiów sposób - od jednego wpisu na forum Wykop, gdzie opublikowano zrobione z ukrycia zdjęcie streamera spędzającego czas na koncercie w Gdańsku. Dla internetowych oskarżycieli anonimowa fotografia stała się fundamentem do stworzenia gotowej narracji o kłamstwach dotyczących miejsca zamieszkania oraz rzekomej zdradzie wieloletniej partnerki.
Fala masowego hejtu, jaka zalała kanały informacyjne i profile twórcy, zmusiła go do odpalenia transmisji, która w realiach internetowych przypominała publiczny proces. Kiszak, chcąc ratować wizerunek, musiał publicznie dzielić się prywatnymi materiałami i udowadniać, że jego związek zakończył się ponad rok temu, a cała rewelacja o „zdradzie” była ordynarnym kłamstwem.
„Siedzieć i po prostu jak stalker walić komuś foty z ukrycia, potem to repostować... Ludzie siedzą, wymyślają historyjki, fałszywe narracje i zaczynają je grupowo powielać tak długo, aż stanie się to prawdą. Z mojej perspektywy to już jest po prostu przerażające”
— Kiszak komentował podczas transmisji.
Obserwując ten proces z boku, trudno nie zauważyć przerażającego mechanizmu socjologicznego. Trolle celowo kreują skrajnie negatywny wizerunek danej osoby, przypisując jej czyny nieakceptowalne społecznie, aby w ten sposób dać tłumowi moralne rozgrzeszenie na totalne niszczenie jej w sieci.
Sytuację drastycznie pogarszają inni, zasięgowi influencerzy oraz twórcy formatów commentary, którzy zamiast tonować nastroje, nierzadko podchwytują niesprawdzone plotki i „grzeją temat”, zapewniając sobie łatwe wyświetlenia kosztem cudzego zdrowia psychicznego. Sam Kiszak podczas swojej transmisji wprost wskazał na konkretne nazwiska z polskiej sceny - m.in. Rocka, Borysa, Kolekcjonera, Slepa czy Jasku – zarzucając im, że ich materiały i komentarze zamiast gasić pożar, jedynie dolewały oliwy do ognia. Mechanizm ten jest aż nadto czytelny: algorytmy platform społecznościowych premiują skrajne emocje, przez co algorytmiczny lincz staje się opłacalnym biznesem, w którym fakty i rzetelna weryfikacja schodzą na dalszy plan.
Kiedy internetowe uniwersum wychodzi na ulice
Zjawisko to przestało być jednak problemem zamkniętym w obrębie czatów Twitcha, kicka czy portali społecznościowych. Agresja i chęć uprzykrzenia życia streamerom coraz częściej manifestują się w świecie rzeczywistym. Doniesienia o nękaniu Bonkola czy Patiro to zaledwie wstęp do tego, co dzieje się wokół Bruce’a.
Niezależnie od tego, jak kontrowersyjną postacią jest Bruce i jak bardzo jego zachowanie na streamach zasługuje na krytykę, działania jego antyfanów przekroczyły granice prawa. W Pile, na słupach i budynkach, zaczęły pojawiać się fizyczne kody QR. Po ich zeskanowaniu przechodnie otrzymują dostęp do materiałów oskarżających twórcę o najcięższe przestępstwa obyczajowe. To moment zwrotny - zorganizowana kampania nienawiści przeniosła się z monitorów do przestrzeni publicznej. To już nie jest internetowy trolling, to realne zagrożenie bezpieczeństwa, które w skrajnym scenariuszu może doprowadzić do samosądu.
Toksyczna iluzja bliskości
Jako obserwatorzy polskiej sceny streamingowej musimy zadać sobie pytanie: gdzie leży granica? Współczesny widz coraz częściej wpada w pułapkę tzw. relacji parasocjalnej. Godziny spędzone na transmisjach na żywo i bezpośredni kontakt poprzez donejty budują iluzję bliskości i prawa własności. Widzom wydaje się, że kupili bilet do pełnego wglądu w życie drugiego człowieka - łącznie z prawem do śledzenia go, fotografowania z ukrycia i decydowania o jego relacjach partnerskich.
Sytuacja na polskim Twitchu czy Kicku dojrzała do momentu, w którym bezwzględny stalking jest legitymizowany jako „rozrywka” czy „walka o prawdę”. Pozostaje jedynie pytanie, jak wysoka będzie cena tej obojętności?



